Rozdział książki roślinna dla Twojej romantycznej czułej Duszy.


On, który spotkał ją znów po raz pierwszy.








Otuliła mnie soczysta zieleń zapachu lasu. Podeszłam do najbliższego drzewa. Powoli oparłam o nie swoje czoło i zamknęłam oczy. Moja skóra dotknęła jego kory i nasze granice się zatarły. Spotkaliśmy się duszami. Poczułam jego bose korzenie w bezpiecznej ziemi. Kręgosłup gałęzi pulsujący żywą zielenią nieskończonego świata. Od północnej strony przytulony do niego ciepły mech. Którego mieszkańcy łaskoczą go robaczkowymi nóżkami. Poczułam, jak silnie połączone jest to drzewo ze wszystkimi drzewami w galaktyce. Pod tym drzewem, w innym czasie, dumał lis. Motyl siedział na korze. Przebiśnieg przytulał się do jego pnia marzeniami. Teraz jestem ja. Przy skraju lasu stała rodzina lip. Jedna z nich mieniła się jasno, przeplatając liśćmi plamy słońca z pyłem gwiazd. Przywitałam się z nią. Jej głos wybrzmiał w całej galaktyce i przeniknął łagodnie do mnie. Powiedziała mi swoje marzenie. Wyciągnęłyśmy ku sobie ręce. Weszłam na jedną z jej szerokich ramion i objęłam ją w uścisku moich gałęzi. Opierając się o jej plecy, słyszałam jej oddech, czułam zapach jej kory i zobaczyłam to, co ona widziała. Jak to u dobrych przyjaciół bywa. Zamknęłam oczy i wsłuchałam się w jej rytm. Wyciągnęłam rękę, by przyłożyć ją do miejsca, skąd wypływał. Czułam jego zielony puls. Otworzyłam oczy i zrozumiałam, że rękę trzymałam na swoim sercu.


Dawno temu komuś się śniłam. Właśnie tak. Siedziałam wysoko na drzewie lipy, przytulona do jej gałęzi. I tak jak teraz, w tamtym śnie świat zatańczył wokół mnie wesoło, unosiłam się w stanie nieważkości pomiędzy gwiazdami. I spadłam z nieba w czyjeś ramiona.

– Dzień dobry. – Spojrzenie jego oczu zawierało w sobie esencję wielu żyć. Znałam go. Rozpoznałam w sobie. Moje serce się uśmiechnęło, twarz podążyła za tym uśmiechem, a on go odwzajemnił.

– Bonjour, monsieur. – Lekko odsunęłam się od niego, dając mu przestrzeń, by wpuścił mnie z rąk. Nie zrobił tego. Moje włosy wtuliły się w jego rękę, która oplatała moje plecy. Trzymał mnie w kosmosie swojej duszy. Na granicy naszych ciał ułożyła się moja sukienka. Jego klatka piersiowa poruszała się w znanym mojemu sercu rytmie.

– Dobrze się czujesz, mademoiselle?

– Tak, dziękuję. Może mnie pan już zwrócić w ręce ziemi, monsieur.

Oddał mnie światu, łagodnie stawiając mnie przed sobą. Nasze korzenie oplotły się żywo. Zbliżyliśmy się do siebie kwiatami. Oddechem nadal podróżowaliśmy między sobą. Spojrzałam na nasze ręce splecione razem, które uwolniliśmy w tym samym momencie. Oczami lasu zobaczyłam, jak chowa rękę za siebie i powoli zaciska wszystkie palce, jakby chciał zatrzymać energię tego, co przed chwilą w niej trzymał. Moją energię. Chmury wypowiedziały jego przeczucia – To ta. Drzewa zauważyły, że się zarumieniłam, ale jak na dżentelmenów przystało, nic po sobie nie pokazały. Liście dalej rosły, runo zieleniało.

– Czy mogę odprowadzić cię do domu, mademoiselle? Dopiero co spadłaś z nieba. – Spojrzał na koronę drzewa. Dało mi to czas, by wygładzić na sukience ślad jego dotyku.

– Tak, dziękuję. Będzie mi bardzo miło. Podszedł do drzewa i zabrał leżącą przy nim książkę. Przyłożył rękę do pnia, skłonił głowę i czołem dotknął lipy. W moim wszechświecie narodziła się nowa gwiazda, rozświetliła się czułość grawitacji. Odwrócił się w moją stronę i odwzajemnił mój uśmiech. Wyszliśmy na polanę ogrzaną słońcem naszych ciał. Poczułam rytm jego serca. Jakby jego dusza była mi bardzo bliska. Spojrzałam na drzewa, by moja uwaga powędrowała w ich kierunku. Nie chciałam przeczytać go całego. Nie od razu.

– Czy mogę zapytać, mademoiselle, co robiłaś na lipie?

– Medytowałam. Nigdy nie wspinał się pan na drzewa?

– Cały czas to robię i jestem w tym świetny. – Patrzył na mnie tak, jak patrzy się na płatek w dłoni, czekając w ciszy, aż spadną następne i ułożą się w najcenniejszy kwiat. – Nigdy nie medytowałem na drzewie.

– Proszę się upewnić, że ktoś pana złapie, monsieur. – Zaśmiał się łagodnie, a rośliny uniosły ten dźwięk do mojego domu, by bawił się tam wśród ścian.


Gwiazdy widziały, jak szliśmy przez las. Blisko siebie, czasem lekko stykając się palcami, czasem brzeg mojej sukienki dotykał jego spodni. Patrzyliśmy na siebie ukradkiem, kiedy to drugie opowiadało coś wymyślonego specjalnie dla tego pierwszego. A to pierwsze słuchało całym sobą. Marzyłam o tym, by iść przez las z gwiazdami obok mężczyzny, którego znam ze snów, którego kocham. I czułam, że gdzieś we mnie to marzenie się wypełniało. Bardzo romantycznie wszechświat postąpił, rankiem układając nad naszymi głowami gwiaździste niebo.

Zbliżył się o krok i stanął na werandzie obok mnie. Poczułam, że w innym świecie bardzo powoli dotknęliśmy się skrzydłami. Zachwiałam się lekko. Wyciągnął rękę, by mnie przytrzymać, uśmiechnęłam się, rozłożyłam gdzieś daleko moje skrzydła i stanęłam stabilnie na ziemi. Jego ręka nie dotknęła mojej.

– Czy napije się pan herbaty? – Bardzo chętnie.

Wszedłem do jej duszy. Tak, jak wchodziłem do jej domu w naszym poprzednim życiu. W każdym z naszych żyć. Zawsze z tym samym uczuciem miłości.

W sieni poczułem zapach jej włosów lśniących przeczuciami, z których do niej przyszedłem. Rozczesanych promieniami księżyca, gdy zanurza się w wannie. Pachnących snami na białej poduszce, do której wiodły uchylone drzwi. Zamknąłem oczy, by zatrzymać te wrażenie na zawsze, głęboko, w razie gdybym w tym życiu miał nie dostać nic więcej. Weszliśmy do kuchni, w której lubi rozgrzewać się bosa przy piecu. Znalazłem ją. Stała przy mnie, a ja pragnąłem być czarownikiem. Właścicielem gwiazd, stwórcą księżyca, magią dla jej nieba. By wszystkie te siły połączyć w sobie i rozgrzać jej stopy, gładzić jej ręce i oddychać jej oddechem.


– Czy mogę dla ciebie rozpalić piec? Otworzył jego drzwiczki, zamyślił się chwilę. Dotknął kilku drewienek, włożył je w ciemne serce pieca, brudząc przy tym rękę. Ułożył je w sosnowo- świerkową mandalę. Wyczarował w niej ogień. Pozwolił mu strzelać i trzaskać, jak dobrej wróżbie. Wyciągnął do ognia ręce, zapraszając jego jasność, ciepło, jego całą istotę, by przyszedł ze swojego świata tu, na Ziemię. Powoli zamknął drzwiczki pieca, gdy poczuł, że rozgrzały się moje ręce.


Zamyśliłam się nad miejscem, z którego pochodzą nasze dusze. Skłoniłam się przed nimi, stojąc jednocześnie w mojej kuchni, powoli wyciągając filiżanki za próg kredensu. Ułożyłam płatki dzikiej róży na wodzie w dzbanku. Spojrzałam na niego. Jego dusza przesłaniała mi obraz jego roślinności. Ziemskiej żywej energii ciała. Nie mogłam dostrzec rysów jego twarzy, koloru, jaki zostawia na jego włosach letnie słońce, ani koloru jego oczu. Jakbym go jeszcze nie wymyśliła w tym życiu. Usiedliśmy niespiesznie przy stole. Nasze ręce rozłożone na solidnym, dębowym drewnie, oddalone były od siebie o dotyk mchu. Rozpostarł powoli palce, jak ćma rozkłada skrzydła, gdy myje je kroplą rosy. Poczułam ciepło. Takie, które czuje się przy stole pełnym dotyku miłości.


– Czy rozgrzałaś się już, mademoiselle? Czułem, że zmarzłaś w drodze przez las. – Dziękuję; tak, już jest mi ciepło. Na południu Francji wirowałam we wszechświecie rozgrzanych słońc. Tutaj często marznę.

– Tutaj wirujesz w marzeniach drzew.

– Czy myślisz, monsieur, że drzewa mają takie marzenia?

– Że piękno tuli się do ich gałęzi? Myślę, że tak. Rozlałam napar do filiżanek, które rozstawiłam przed naszymi sercami. Jego aromat wodził nas za nos. Plątał się wokół głowy. Wyobraźni nadał śmiałości. Serca rozgrzał do różu, do czerwoności, do temperatury, jaką nasze ciała czuły już dawno, dawno temu przy sobie.

– Tęsknisz za Francją?

– Czuję, że przestrzeń pomiędzy mną a Francją łączy mnie z nią, a nie dzieli. Jakby tu w Polsce Francja stała mi się jeszcze bliższa, niż przedtem.

– Dotyczyć to może także ludzi?

– Ja czuję, że tak. A pan?

– Też tak czuję. – Patrzył już tak na mnie kiedyś.

– Myślę, że jeśli raz z kim się połączy, to zawsze można do tego wrócić. To znaczy odczuć to znów w sobie. Nawet będąc daleko od siebie. Doceniam to, jak dobrze mówi pan po francusku.

– Studiowałem w Paryżu. Ale to było dawno temu, prawie w innym życiu. Nawet nie zauważyłem, że mówimy po francusku.

Tak od początku ziemi. Od początku ciał. Od początku uderzeń serca. Gdy spadając z gwiazd otarliśmy się delikatnie o swój pył. By tu dotykać włosów i zanurzyć się w nich aż do świetlistego zapachu.

Są takie spotkania, które układałam w myślach od zawsze. Marzyłam, by powiedzieć o wszystkim, co pełne jest miłości, co najbardziej liczy się dla kwiatu serca. Jakbym oprowadzała go po swojej roślinności. Od korzeni po owoc. Wzdłuż i wszerz. I w raz z nim odkrywałam samą siebie. Im mniej mówiliśmy, tym więcej siebie czuliśmy. Tym głębiej patrzyliśmy sobie w oczy. Im ciszej, tym bardziej na zawsze. Im dalej od siebie, tym mniej do ukrycia. Bo wszystko to działo się w naszych duszach osadzonych w kosmosie.


Powoli wstaliśmy oboje. Żadne z nas nie zrobiło kroku. Ciepło bijące od pieca otulało nas w uścisku. Odwróciłam się prawie dotykając jego ramienia, zrobiłam krok i poczułam, że idzie za mną w stroną drzwi. Czułam, jak jego energia formuje się w coraz wyraźniejsze kolory i kształty. Odwróciłam się i znalazłam jego oczy. Dostrzegłam ich kolor leśnych niezapominajek.

– Dobranoc, monsieur. – Niosło to ze sobą obietnicę wszystkiego, co może się między nami wydarzyć. Jak noc pod gwiazdami, która właśnie ma swój początek w nas. Sień pachniała nami, staliśmy tu chwilkę – kilka oddechów zaledwie – a wypełniliśmy jej przestrzeń po brzegi. Siła jego mięśni, intensywność niebieskich oczu, moc jego myśli, pewność i prawdziwość siebie; wszystko to dotykało granic mojej skóry i wzbudzało we mnie dreszcze. On też odczuwał mnie na swoim ciele. Wiem, bo czułam tam część siebie. Przybliżył się do mojego serca, spojrzał na moje ręce, dotknął ich i poczekał, aż oswoję się z jego dotykiem. Wtedy, patrząc mi w oczy, przybliżył nasze splecione ręce do swoich warg i pocałował je.

– Tak, mademoiselle, dobranoc. – Zamknął za sobą drzwi w jasność poranka.



Miłość miłości wystarcza. Róża



Mam ciało róży. W pąkach, w rozkwicie, w owocach. W moim ulubionym kolorze przestrzeni mojego serca, przestrzeni mojego łona. I kolorze moich policzków, zabarwionych szeptem ukochanego. Moje płatki rozchylają się powoli, warstwa po warstwie. Z biegiem czasu rozwierają się pod coraz większym kątem. Wszechświat potrzebuje mojego otwartego serca. A ja odnajduje się wygodnie w galaktyce, której centrum bije we mnie. I tutaj zachwycam się sobą. Jak królowa w swoim królestwie. Jestem piękna delikatnymi, błyszczącymi kwiatami, wokół których wirują najwyższe wibracje. Jestem bezpieczna moimi silnymi gałęziami, korzeniami sięgającymi głęboko w mój początek, kolcami, które wyzna- czają moje granice. Jestem w miłości i jestem kochana. Bo jestem życiem, przepływającym światłem gwiazd, pod którymi stoję i które tworzę w sercu. Eterem, powietrzem, wibracją, która wybrała miłość. I wybrała, by ją kochać.


Dziękuję, że czytasz, że jesteś.

Miłość i światło

Joanna



ROSLINNA. dwa rozdzialy.
.pdf
Download PDF • 206KB



Kochana książkę możesz przytulić do serca tutaj :








Kochane, roślinną otoczoną kryształową biżuterią, lampami kryształowymi, domowymi przepisami i słowami duszy jej bloga i audio bloga, znajdziecie u Dominiki - Dziewczyna znikąd



26 views0 comments

Recent Posts

See All